Bardzo dobrze czytało mi się „Wskrzesinę” Artura Boratczuka, choć może to tylko mój wyposzczony beletrystycznie umysł umościł się w tym zgrzebnie opisanym światku polskiej poniemieckiej prowincji i dał mu się łatwo oczarować. Ale na to narzekać nie będę. Akcja powieści dzieje się w miasteczku Fraudencja i swoim zasięgiem fabularnym obejmuje jakieś pół wieku (uwzględniając czasy komunizmu, zwłaszcza zaś transformacji ustrojowej i lat późniejszych). Na tym tle poznajemy losy kilku mieszkańców – głównie zajmującej się bartnictwem rodziny Serpinów, ponadstuletniego księdza Smętka, kombinatora Marcina, niemieckiego przedsiębiorcy Horsta, ekspolicjanta Gałana i jego żony. To barwne towarzystwo pozwala Boratczukowi wniknąć w klimat czasów i naszkicować realistyczne tło – ktoś dorobił się za komuny, inny na emigracji zarobkowej, ktoś nie pozbierał się po upadku PGR-u. Te historie zgrabnie się przeplatają, budując skąpany w różnych odcieniach szarości obraz całości. Fajnie to ze sobą gra i nie jest tak natarczywie tendencyjne, jak to się już w polskiej prozie zdarzało przy odrabianiu lekcji pt. ”transformacja” (ostatnio np. Marcinowi Teodorczykowi w „Niebie 1989”).

Nie mogłem pozbyć się też skojarzeń z „Zimowlą” Dominiki Słowik (ten prowincjonalny klimat spotęgowany aurą tajemniczych, parareligijnych wydarzeń + pszczoły). „Wskrzesina” zajęła mnie jednak bardziej, głównie dlatego, że autor nie zdradza najmniejszej ochoty, by obsługiwać tzw. „tematy naczelne” (u Słowik była to nostalgia podlana feminizmem). Zamiast tego wybiera własną drogę. Jak pisze dość górnolotnie na skrzydełku książki: „»Wskrzesina« powstała przede wszystkim z pobudek jak najbardziej intymnych. Musiałem określić swój stosunek do Boga”. Ma to swoją artystyczną cenę (ostatni akapit tej powieści – tak bardzo dopowiadający i patetyczny – najchętniej wyciąłbym ze swojego egzemplarza, wrzucił do butelki i wyekspediował rakietą w kosmos, by nikt go nie mógł znaleźć). Niemniej zaimponowało mi, że Boratczuk zdobył się na pisanie powieści dla siebie, by „samemu sobie jakoś poukładać we łbie to wszystko”.

Bo przede wszystkim jest „Wskrzesina” powieścią metafizyczną, w której silna potrzeba wiary, boskości wpisanej w świat natury spotyka się ze zwątpieniem oraz nowymi formami przeżywania relacji człowiek a sacrum. Okazuje się, że można o tym zajmująco opowiadać, przemycając przy okazji wiele więcej: powieść społeczną, sensacyjną, obyczajową.

Podobnie też jak u Dominiki Słowik ważną rolę gra u Boratczuka element baśniowy. Wprowadza go autor poprzez pszczoły, które dość niespodziewanie dla wszystkich mieszkańców Fraudencji zaczynają produkować niebieski miód (z nektaru kwiatów o nazwie wskrzesina). Na jego punkcie ludzie zaczynają wariować, ponieważ ma on działanie podobne do narkotyku – po spożyciu odpowiedniej dawki znikają egzystencjalne lęki oraz niepewność dotycząca życia po śmierci. Czy w tym świecie Bóg jest jeszcze potrzebny? „Ludzie nie chcą być zbawieni, bo w głębi duszy nie czują się grzeszni” – zauważa ksiądz Smętek, podsuwając jeden z ważniejszych tropów powieści: boskości samego człowieka i religii bez Boga.

Obdarzone cudownymi właściwościami kwiaty wskrzesiny zostały uwznioślone i wpisane w porządek mityczny. W miejscowym kościele udaje się odkryć bardzo stary fresk ukazujący przerażone twarze zakonników w otoczeniu tajemniczej rośliny. Czego się boją? Może kryć się za tym sugestia, że jedyną przyciągającą do wiary okolicznością jest tak bardzo przecież naturalny, tak bardzo ludzki strach przed końcem. Wydaje mi się, że Boratczuk prowadzi swoją opowieść w takie miejsce, gdzie Bóg wciąż jest możliwy, choć już nie na prawach obiektywnej prawdy, ale bardziej jako potrzeba, głód, metafizyczny nerw. Paradoksalnie pozostaje więc sprawą głęboko ludzką.

Warto też odnotować, że na marginesie „Wskrzesiny” pisarz celnie odmalowuje kulturową kolonizację tzw. Ziem Odzyskanych, a także prowincjonalną mentalność swoich bohaterów, chętnie korzystając przy tym z groteski. Krzysztof Gałan, miejscowy „szeryf”, wyrzucony z policji za nadgorliwość, jest wzorcową figurą polskiej zawiści, natomiast jego szwagier, Marcin – chłopak, który dorabia się na dilerce i oszustwach po to, by pod koniec odnaleźć miłość i nawrócenie –  to znów karykaturalna forma rodzimej przedsiębiorczości zainfekowanej „romantycznym” (w znaczeniu ułańskiego „hura!”) ukąszeniem.

Jeśli mam uwagi krytyczne do „Wskrzesiny”, to koncentrują się one wokół kwestii redakcyjnych, np. kompletnie nie trafił mi do przekonania pomysł zindywidualizowania języka niemieckiego przedsiębiorcy Horsta, który mówi anachroniczną polszczyzną Sienkiewicza (głównie dlatego, że żona „szprycowała” go Trylogią). Może i miał przy tym pisarz niezłą zabawę, ale wydało mi się to niepotrzebnie przeszarżowane. Czy ten bohater mógłby robić udatnie interesy i posługiwać się takim językiem? Nie kupuję tego zabiegu nawet w opakowaniu groteski. Podobnie słaby wydał mi się wątek Marylki – kobiety, która karierę robi w Szwecji, pomagając podejrzanym Arabom pobierającym zasiłki od bogatej Europy. Jej niespodziewany przyjazd do Fraudencji (zjawia się niczym zły los) i szybka gangsterka polegająca na zabraniu Marcinowi ogromnej sumy nieuczciwie zdobytych przez niego pieniędzy został chyba zrobiony dość „na odczep”. Takie wrażenie miałem zresztą odnośnie do całej drugiej części książki, która koncentrując się na domykaniu wątków, trochę gubiła z oczu (np. postać „boskiego” informatyka Adama – czy nie zbyt niespodziewanie „wyparowuje”?).

Pomimo tych paru drobiazgów, których nie rozwijam, ponieważ nie są one kierowane do tych, którzy książki nie czytali, uważam „Wskrzesinę” za powieść zajmującą, która ze swojego statusu książki spoza głównego nurtu czyni duży atut. Boratczuk może pozwolić sobie na luksus pisania o tym, co go obchodzi, nie oglądając się na trendy. Uważam, że ciekawie wykorzystuje tę okazję.

Artur Boratczuk, „Wskrzesina”, JanKa 2020