Nie wiem, czy istnieje coś takiego jak „powieść bańkowa”, ale na potrzeby opisu debiutu prozatorskiego Karoliny Jaklewicz najchętniej takim właśnie terminem bym się posłużył. Bohaterką tej mikropowieści jest tytułowa Jaśmina – silna, dojrzała kobieta wywodząca się z rodziny innych silnych kobiet. Jej babcia oraz mama były lekarkami, ona pracuje w laboratorium, ponieważ lubi gdy „przewidywalność laboratoryjnej sytuacji łagodzi jej wewnętrzny niepokój”. Jaśmina dąży do osiągnięcia życiowej równowagi – wypracowuje balans w łączności z historią rodziny, przyszłością, z bliskimi i z naturą. Żyje swoim małym życiem.

Książeczka ma ambicje krytyczne – jest głosem sprzeciwu wobec niedowładu wolności, którego respondentkami są w Polsce przede wszystkim kobiety. I tu wracam do „bańkowości” – podglądamy miejski liberalny świat, życie „bezoporowej inteligencji”, dylematy przedstawicieli zamożnej klasy średniej. Ich wewnętrzny puls Karolina Jaklewicz wyraźnie czuje, co widać np. w dialogach, które przytacza. Niemniej jest to moralność samopotwierdzająca się, niewystawiona na bezpośrednią konfrontację, przekonana o własnej słuszności. Taka trochę za szybą.

Mam pewien problem z tą książeczką, która na małej ilości stron chce przemycić zbyt wiele. To mocno skondensowana proza z poetyckim stylem (dla mnie bardzo często na granicy pretensjonalności, cytaty za chwilę) i publicystycznym zacięciem. Trochę więc mi się to rozłazi, ponieważ odnoszę wrażenie jakbym czytał gazetę przepisaną na prozę poetycką, która do tego wszystkiego próbuje jeszcze być powieścią . Jako głos obywatelski jest to jednak rzecz warta odnotowania.

Karolina Jaklewicz debiutuje w prozie, niemniej jest kuratorką i artystką znaną z projektów zdradzających ambicje sztuki zaangażowanej (w 2019 roku zrealizowała w Muzeum Współczesnym Wrocław projekt „Polska gościnność” konfrontujący mit polskiej otwartości z nastawieniem wobec Innych). Nie dziwi więc ten sam potencjał krytyczny wpisany w „Jaśminę Berezy”. To bardzo kobieca opowieść i nie miałbym nic przeciwko, żeby takie właśnie książki określano tym fatalnie nacechowanym określeniem. Nie romanse, tanie melodramaty czy inne harlequiny, ale właśnie solidna, krytyczna, otwarta na dylematy współczesnych kobiet proza społeczna, bliska życia i szarej codzienności (nawet jeśli tylko tej w wydaniu miejskim, liberalnym, wolnomyślicielskim).

Autorka pisze w małych, skondensowanych rozdziałach, które są jak rozsypane kawałki do scalenia. W niektórych widzimy Jaśminę z partnerem, w innych jej próbę odbudowania relacji z ojcem czy spotkania ze znajomymi. W tych fragmentach ujawnia się temperament pisarski Jaklewicz i jest to szeroka paleta, choć dominują dwie tonacje. Pierwsza ma wyraźnie liryczny ładunek, pokazuje wyobraźnię sprzęgniętą z ziemią, naturą, również z przeszłością (choć tu akurat odnoszę wrażenie, że historia czai się za bohaterką, ale nie zawłaszcza jej, nie definiuje zupełnie). Drugą z kolei określiłbym jako satyryczną – nieźle widać to np. w scenie, gdy Jaśmina z partnerem odwiedzają Licheń – świątynię dewocjonalnego kiczu – albo gdy zakupy w supermarkecie zostają wystylizowane na sakralną czynność („Mija oblepiony promocyjnymi ogłoszeniami portal i wchodzi do nawy bocznej. Klienci z namaszczeniem przekraczają próg”).

„Jaśmina Berezy”, mimo iż niedługa, ma wpisaną w siebie wyraźną linię rozwoju, co przekłada się na kreację głównej postaci. Bohaterka przechodzi drogę do podjęcia ważnej decyzji, której tu nie mogę zdradzić, by nie spoilerować książki. Jest to jednak tak zrobione, byśmy zostali przygotowani na końcowe uderzenie młotem, byśmy zdążyli poznać i zrozumieć działania postaci, światopoglądowo je zaakceptować. Wydało mi się to subtelnie zrobione. Nie mogę natomiast tego samego powiedzieć o wszystkich poetyzmach, którymi pisarka wyjątkowo chętnie raczy czytelników. Ja nie umiem bez westchnień czytać „okrąglutkich” fragmentów w rodzaju: „Miała złe przeczucia. Złe przeczucia towarzyszyły Jaśminie jak wierny pies. Biegły przodem i aportowały możliwie dużo wątpliwości, które Jaśmina starała się odrzucić jak najdalej”. Nie wydaje mi się jednak, by było to dyskwalifikujące. Co więcej, uważam, że nietuzinkowy z pewnością styl wielu przyciągnie do tej prozy (skoro podobne kwiaty innym autorkom nie przeszkadzają w Noblu, to chyba nie ma obaw). Sprawdźcie ten tytuł, przeczytacie między przystankami.

6/10

Karolina Jaklewicz, „Jaśmina Berezy”, Iskry, Nisza 2020