Nie wiem, czy to kwestia doboru opowiadań do polskiego wydania, czy też Sarah Hall jest tak bardzo tematycznie sprofilowaną pisarką, ale „Madame Zero” to zbiór imponująco, obsesyjnie wręcz jednorodny. Brytyjska autorka eksploruje kilka powracających refrenem tematów (relacje damsko-męskie, seks, transgresja), z których tka swą opowieść o wielu tajemniczych obliczach kobiecości. W jej otwarcie feministycznej prozie dominuje zainteresowanie tym, co instynktowne, zwierzęce, brudne. Ta wyliczanka jest zresztą synonimem kobiecości jako żywiołu, który stale wymyka się racjonalnym, mieszczańskim narracjom.

Muszę przyznać, że jako całość, tj. autorska propozycja wyobraźni, „Madame Zero” podobała mi się nawet bardzo. Tak, jak podobał mi się „Antychryst” von Triera – film bardzo bliski prozie Hall w szkicowaniu wyniszczającego napięcia między żywiołami: kobiecym i męskim. To wrażliwość z ważną dla pewnej fazy feminizmu kategorią wstrętu i somatyczności ulokowanymi w samym centrum.

Sarah Hall osadza akcję większości swoich opowiadań na terenach północnej Anglii (skąd sama pochodzi), odznaczających się dzikością i bliskością natury. I widać, że ten klimat jest jej bardzo bliski, pasuje do podglądania ludzi i śledzenia ich wypartych pragnień. Na antypodach znajduje się u pisarki Londyn – miejsce raczej sterylne, tłumiące bądź kryjące charakterystyczną „północną” wolność. W dwóch tekstach pojawia się też Afryka (niestety dość stereotypowo podana – wyłącznie jako umowna dekoracja dziczy, w której buzują niespodziewane namiętności), a w jednym Finlandia potraktowana jako odludna arena natury i laboratorium instynktów. W tej literaturze miejsca mają znaczenie i dopełniają metaforycznie sens snutych historii. Tak, jakby ludzcy bohaterowie byli tylko głosami artykułującymi ducha przestrzeni, w których rozgrywa się akcja kolejnych utworów.

Ale mam też trochę zastrzeżeń. Po pierwsze, najbardziej przeszkadza mi, kiedy rozłazi się u Hall paraboliczny i dosłowny wymiar opowieści. I o ile ten pierwszy pozostaje bez zarzutu (np. „Pani Lis” jako historia o wyzwolonej, naturalnej kobiecości), o tyle drugi często wypada groteskowo i nonsensownie, tzn. zwyczajnie nie przekonuje. To zdarza się też, np. w „Studium przypadku 2: samorozpoznaniu”, gdzie historia terapeutki opowiadającej o wyciągniętym z komuny chłopcu, który powoli uczy się odkrywać własne „ja”, przechodzi w – bardzo niestety dosłownie tu potraktowaną – opowieść o uśmierceniu człowieka. Ten niedowład dosłownego poziomu tekstu daje o sobie znać czasami również na poziomie stylu, gdzie autorka w moim odczuciu nieświadomie osiąga efekt komiczny. Oto fragment, w którym obserwujemy „kobietę z przeszłością”, która przybywa z północy Anglii do Londynu, by zapomnieć o tym, co było i zacząć od nowa:

Przyjechałaś, by zapomnieć, żyć dalej. A kiedy to zrobiłaś, jakaś krwawa część ciebie rozpięła ciało od środka i wyszła na zewnątrz. Czerwona, niezbędna część. Poczułaś, jak odchodzi (…) To było nagłe wewnętrzne zdarzenie, jak skurcz czy udar, jak wypłynięcie wód płodowych. Coś narastało w twojej piersi. Rozdzierało cię na pół. Przepchnęło się przez mięśnie, ześlizgnęło na ziemię i odeszło w tłum. Teraz został luźny różowy worek istoty ludzkiej noszący twoje nazwisko i niewartą zapamiętania historię (s. 214)

No sorry, ale ja nie potrafię tego czytać z kamienną twarzą i nie uznać, że mam do czynienia z wpadką wyobraźni. A z innej jeszcze beczki – to, jak bohaterowie tej – dziejącej się współcześnie – prozy chętnie chadzają do bibliotek „po wiedzę” (zob. „Pani Lis” albo „Pszczoły”), zakrawa na żart.

Po drugie, mam też wrażenie pewnej schematyczności tej prozy, co najmocniej daje o sobie znać w uporczywym eksplorowaniu zwierząt w funkcji symbolicznej (są: lisy, pszczoły, konie, pies, norki). Już po lekturze kilku opowiadań nietrudno zauważyć, że zwierzęcość jest u Hall kryptonimem jakiejś wypartej, przemilczanej prawdy, która może okazać się dla ludzi bolesna. Podobnie rzecz ma się z prowadzeniem fabuł wokół jakiegoś MacGuffina, czyli przedmiotu, który z ukrycia nakręca sens (piłeczka w „Pani Lis”, wiadukt w „Wilderness”, peleryna w „Nocnej rzece”). To nie jest wielkie zastrzeżenie, ale gdy czyta się te opowiadania większymi porcjami, zaczyna odrobinę razić ich mechaniczność.

No i po trzecie, są tu teksty, które nie podobały mi się zupełnie, ponieważ trącą banałem. Mam na myśli, np. prześwietloną już chyba na wszystkie możliwe sposoby kliszę o spotkaniu dawnych kochanków, którym nie udało się w przeszłości, a którzy mają już swoje nowe uporządkowane życia („Godzina luksusu”). Czytam to i czuję jakby ktoś klepał mnie po ramieniu.

Piszę o swoich wątpliwościach, ale wydaje mi się, że „Madame Zero” to całkiem spójna książka zbierająca ludzkie historie o urywaniu się z życia, o odkrywaniu naturalnych instynktów, które mogą zarówno wyzwalać, jak i niszczyć. Powtórzę więc – na poziomie konceptu to fajna rzecz, na poziomie realizacji – dość nierówna.

6/10

Sarah Hall, „Madame Zero i inne opowiadania”, tłum. Dobromiła Jankowska, Pauza 2019