Czytanie dzienników znanych osobistości to zazwyczaj zajęcie ekscytujące, które pozwala na wgląd w codzienność niezwykłych ludzi. Bywa, że głód poznawczy odbiorcy pozostaje niezaspokojony, ponieważ autorzy z większą pieczołowitością opisują, np. wartość kaloryczną swojego śniadania niż frapujące rozterki życia wewnętrznego. Nie do końca jest tak w przypadku Susan Sontag, ale też lekturę jej zapisków diarystycznych rekomendowałbym głównie miłośnikom autorki. Sporo w „Odrodzonej” codziennej buchalterii (np. listy lektur do kupienia/przeczytania), wyrwanych z kontekstu myśli o wadze aforyzmu czy nudnawych wprawek pisarskich. Jednak najwięcej miejsca zajmują opisy przeżyć miłosnych Sontag, która już jako nastolatka odkryła, sproblematyzowała i zaakceptowała swój homoseksualizm. Z tego względu jej dziennikowe wpisy z lat 1947-1963 układają się w opowieść o poszukiwaniu odpowiedniego balansu pomiędzy sferą emocji i cielesności a intelektu.

Dzienniki Sontag zostały zredagowane i przygotowane do publikacji przez jej syna – Davida Rieffa, który w krótkiej przedmowie przyznaje, że do podjęcia decyzji o upublicznieniu zapisków matki został właściwie zmuszony wiążącą go umową. Sontag jeszcze za życia sprzedała wszystkie swoje teksty, materiały i książki bibliotece University of California w Los Anegeles. Prędzej czy później doszłoby więc do ogłoszenia drukiem dzienników autorki, dlatego Rieff postanowił, przewidując taki przebieg wypadków, postarać się o odpowiednie przygotowanie materiałów. Są więc w książce skróty, a miejscami i interwencje cenzorskie (tu decydowały zapewne względy osobiste, do których David Rieff ma prawo). Mam jednak wrażenie, że redaktorska piecza syna nie zaszkodziła samej książce, pomogła raczej nabrać jej bardziej konkretnego kształtu.

Również sam tytuł – „Odrodzona” – został nadany przez Rieffa i odnosi się do fragmentu, w którym nastoletnia jeszcze autorka wspomina o zaakceptowaniu własnej odmiennej tożsamości. Nazywa ten moment odrodzeniem, przyznając nie bez patosu, że „otrzymała pozwolenie, by żyć” (cytat ten – kluczowy z punktu widzenia tytułu – wydawca zdecydował się zamieścić na pierwszej stronie okładki). „Wyjść z szafy” pomogło Sontag z pewnością powojenne środowisko tęczowego San Francisco, do którego trafiła, wyjeżdżając z domu na studia. Jeszcze przed dwudziestym rokiem życia autorka poznała uroki nocnego kalifornijskiego życia w „branżowych” barach. To nieodłączny element jej dojrzewania, któremu w aspekcie obyczajowym z pewnością pomógł zadeklarowany już w bardzo młodym wieku ateizm (w paru miejscach pojawiają się przebłyski żydowskich korzeni, pewna duma z ich posiadania, ale nie ma to dla bohaterki przełożenia na sferę wierzeń). Susan z radością odkrywa więc swoją seksualność, nieustannie poddając ją intelektualnemu namysłowi. To z pewnością jeden z głównych i najczęstszych tematów, które wracają na kartach dziennika.

Wielkie są też burze namiętności, którym Susan poddawała się w swoich związkach z kobietami. Na tym tle bardzo blado wypada jej niespełna pięcioletni okres małżeństwa z Philipem Rieffem (mało o nim pisze), którego owocem był – nieco chyba trzymanym na dystans – syn David. Muszę przyznać, że z pewną niechęcią czytałem, jak przywiązanie do własnego umysłu (jego higiena) zastępuje Sontag nigdy niezaistniałą bliską relację z synem. Nie śmiem osądzać. O Davidzie pisze ona jednak często w sposób przedmiotowy, jakby był on tylko jednym z doświadczeń wartych opisania, niewystarczająco dorosłym, by stać się równorzędnym partnerem do intelektualnych rozmów. Być może był to jeden z przejawów jej niewątpliwego narcyzmu i egocentryzmu?

Spore wrażenie robi natomiast erudycja autorki, która już jako nieco egzaltowana nastolatka czuła się bratnią duszą Andre Gide’a. Miejscami ta śmiertelna powaga w odniesieniu do wszystkiego (za grosz u Sontag ironii!) oraz arcyintelektualizm bywają zabawne, ale już na szacunek zasługuje dystans, który młoda badaczka potrafiła w sobie odnaleźć, gdy dane było jej przeprowadzić wywiad z jednym z najważniejszych dla niej literackich mistrzów – Thomasem Mannem. Jej krytycyzm w podejściu do wypowiedzi pisarza pokazuje, jak ogromna była niezależność umysłu badaczki, która w późniejszych latach miała obrodzić fenomenalnymi i bardzo autorskimi tekstami analitycznymi.

Można się zastanawiać, dlaczego pisarka z taką pieczołowitością prowadziła swoje zapiski? Jak sama przyznaje we wpisie z 31 grudnia 1957 roku: w dzienniku nie tylko opowiadam o sobie bardziej otwarcie, niż gdyby ktoś mnie słuchał; ja siebie tworzę. Pisanie należy więc traktować tutaj jako proces towarzyszący samopoznaniu, a może autokreacji, która staje się faktem. Trzeba przyznać, że w wielu miejscach jest to jednak notowanie na użytek własny, które pozbawionego znajomości kontekstów czytelnika skazuje na nudę. Taka jest jednak cena podobnych publikacji.

6/10

Susan Sontag, „Odrodzona. Dzienniki, tom 1. 1947-1963”, tłum. Dariusz Żukowski, Karakter 2012

Reklamy