Kto wie, czy największym sukcesem George’a Saundersa jako autora „Lincolna w Bardo” nie jest odzyskanie dla głównego nurtu współczesnej amerykańskiej literatury nieco chyba porzuconej kategorii groteski. Jego frapujący eksperyment powieściowo-dramatyczny (więcej tu chyba jednak teatru) udowadnia, że popularny i łatwy w obsłudze realizm nie jest jedyną drogą rozwojową, którą może pójść dziś pisarz, a patos śmierci i spraw ostatecznych nie musi bynajmniej wykluczać komizmu czy wręcz skatologicznego humoru. „Lincoln w Bardo” to odważna i radykalna w przyjętych rozwiązaniach formalnych próba spojrzenia na intymną eschatologię, ale także – nieco szerzej – na podzielone amerykańskie społeczeństwo oraz historię, która zdradza swój uniwersalny potencjał. Nie lekceważyłbym politycznego zacięcia tej prozy – idąc skojarzeniami lekturowymi, bliżej Saundersowi do renesansowego zaangażowania zaświatowego Dantego niż do wyestetyzowanej, romantycznej balladowości rodem z II części „Dziadów”. „Lincoln w Bardo” to książka naprawdę wielu smaków.

Fabułę można tu sprowadzić tak naprawdę do kilku zdań. Akcja koncentruje się więc wokół postaci syna prezydenta Abrahama Lincolna – przedwcześnie zmarłego na tyfus Williego, który przebywa w bardo, a więc w stanie zawieszenia pomiędzy życiem a śmiercią. Gdy 11-latek dociera w zaświaty, wzbudza wielkie zainteresowanie wśród innych duchów – przede wszystkim dlatego, że przypomina wszystkim, czym jest doświadczenie bliskości, intymna więź z drugim człowiekiem. Inne dusze z podziwem, wręcz czcią, obserwują relację Williego z ojcem, który przychodzi do krypty syna, by potrzymać na ręku jego zwłoki. To działa jak impuls, który uruchamia lawinę głosów – ci, którzy dotychczas spychani byli na margines, domagają się, by wysłuchano ich historii. A są to – trzeba przyznać – zazwyczaj opowieści o rozmaitych aspektach wykluczenia.

Saunders jest w charakterystyczny dla siebie sposób od początku do końca arcyironiczny i trzeba uważać, by nie wpaść w zastawiane przez niego co i rusz sidła sentymentalizmu. Można się wtedy nieco potłuc. Co prawda autor hojnie obdarowuje nas łzawymi (i rzeczywiście wzruszającymi) fragmentami poświęconymi śmierci ukochanego dziecka i utracie w sensie ogólnym, niemniej – gdy wnika głębiej w rzeczywistość metafizyczną – natychmiast zwraca uwagę na jej komiczny, wykraczający poza wszelkie decorum styl, bałagan, chaos, pewną średniowieczną z ducha, groteskową karnawałowość. Duchy są niezwykle cielesne, nieporadne, płoną w nich prymitywne żądze oraz kuszą je własne fantazmaty, niespełnione pragnienia. Z całą pewnością daleko im też do świętości – przekroczenie progu śmierci odarte jest tu z jakiejkolwiek sakralności.

Podobnie jak w swoich opowiadaniach pisarz faworyzuje bohaterów niespełnionych (często seksualnie niewyżytych), w jakimś sensie nieudanych. Głównymi przewodnikami po świecie duchów są więc nienasycony gej, młody mąż, który niefortunnie zmarł nie skonsumowawszy małżeństwa oraz „grzeszny wielebny”, który ucieka przed czekającym już nań piekłem. Ich nieudolność i odklejenie skontrastowane jest z pełną czułostokowości dobrodusznością, emocjonalnym zaangażowaniem w losy Williego Lincolna, co wydaje się znów nieco komiczne w swej absurdalności.

Bardzo imponuje mi odwaga Saundersa, który słyszy język z radykalizmem godnym samego Joyce’a i nie waha się ulegać swemu talentowi. W polskim przekładzie Michał Kłobukowski ratuje się staropolszczyzną oraz leśmianizmami – stąd dostajemy takie np. opisy: cmokliwe grzechotki suchokrzewu nadymał szczytujący wietrzyk, a jakaś daleka zapotocza sanioszkapa łbem podrzucała, chomąto dzwoniąc.

Na kartach książki spotkamy niebywale długi katalog postaci zaludniających zaświaty i zróżnicowanych pod względem klasowym, rasowym, etnicznym. Jak pisarz oddaje te dystynkcje? Wybornie stylizując język swoich bohaterów. Stąd mnóstwo tu idiomatyczności – elegancja i retoryczna szykowność stylu zaświatowych przewodników – Rogera Bevinsa i Hansa Vollmana – sąsiaduje z wulgarnymi, pełnymi najrozmaitszych błędów (również oddanych w ortografii) wypowiedziami postaci z marginesu: tu głównie chodzić będzie o prymitywnych żołnierzy czy słabo (bądź wcale) wykształconych czarnych niewolników.

Jeżeli myśleć o „Lincolnie w Bardo” w kategoriach politycznego zaangażowania, to trudno nie zauważyć, że Lincoln jest tu potraktowany jako przywódca, który musi znaleźć w sobie przyzwolenie na cierpienie. Więcej – ujrzeć w nim zasadę ludzkich dziejów. Przejście przez traumę śmierci kogoś najbliższego zdaje się wzmacniać w prezydencie wiarę w historyczną konieczność, a także przybliża go do prawdy ludzkiego doświadczenia. Lincoln to u Saundersa figura Ameryki, która zapada się i odradza wciąż mocniejsza niczym feniks z popiołów. Zaś towarzyszące mu duchy (ostatnia scena książki) to głosy różnorodności, którą właśnie jest Ameryka. Piękne spojrzenie na poturbowaną w ostatnich latach ideę demokracji. Piękne spojrzenie na literaturę, która udowadnia, że ciągle może więcej. Saunders to dziś klasa sama w sobie.

9/10

Reklamy